Dla niektórych Auschwitz "było rajem". Wnuk komendanta obozu rozlicza się z przeszłością

W ostatnich latach coraz częściej słychać komentarze, w których odsuwana jest odpowiedzialność Niemców za zbrodnie nazistowskich przodków. Raz na czas, ktoś nazwie Auschwitz-Birkenau "polskim obozem śmierci" i nie przeprosi, od czasu do czasu, ktoś zażąda od nas odszkodowań za majątki odebrane Niemcom po wysiedleniach, albo oskarży Polaków o mordowanie Żydów. Tym razem jednak było inaczej. O prawdę i pogodzenie się Niemców z ich makabryczną historią zaapelował wnuk głównego komendanta obozu zagłady w Oświęcimiu.

W kilkuminutowym filmie mężczyzna opowiadał o tym, jak porzucił rodzinę ze względu na jej przeszłość oraz uświadamia Niemcom, że nie powinni zamiatać grzechów swoich przodków pod dywan lub się ich wypierać.

Kiedy twój ukochany dziadek, okazuje się potworem

Rudolf Höss, czyli dziadek bohatera reportażu to wysoko postawiony członek SS, który w latach 1940-1943 był komendantem nazistowskiego obozu zagłady w Auschwitz-Birkenau. Wychowanie w katolickiej rodzinie nie przeszkodziło mu, aby jako dorosły człowiek przyczynił się do śmierci 2,5 miliona ludzi.

Brał czynny udział we wszystkich decyzjach dotyczących mordowania ludzi na terenie całego kompleksu. Po zakończeniu kariery w kadrze kierowniczej obozu koncentracyjnego, w 1944 roku powrócił do Oświęcimia, aby nadzorować operacje zagłady Żydów deportowanych z Węgier. Całą makabryczną akcję nazwano od jego nazwiska.

Po wojnie ukrywał się pod przybraną tożsamością. Jako Franz Lang kresu wolności doczekał się w 1946 roku, kiedy to został ujęty przez brytyjski War Crimes Investigation Team. Najpierw był istotnym świadkiem w sprawie innych nazistów, potem został przekazany polskiemu wymiarowi sprawiedliwości i ekstradowany jeszcze tego samego roku. Został osądzony przez Najwyższy Trybunał Narodowy w Warszawie w 1947 roku i skazany na karę śmierci. Został powieszony w Oświęcimiu, obok "bloku śmierci", czyli tam, gdzie przed kilkoma laty przez jego decyzje ginęły miliony niewinnych istnień.

Pan Rainer Höss wyznał dziennikarzom, iż dowiedział się o przykrej przeszłości swojej rodziny z książek o II Wojnie Światowej, które dała mu matka. Miał wtedy 15 lat, więc był na tyle dorosły, aby rozumieć okrucieństwo tamtych czasów.

Nie mógł pogodzić się z tym, że jego rodzina nie przyznaje się do zbrodni, którymi parał się ich przodek. Kariera jego dziadka stała w sprzeczności z jego moralnością, dlatego postanowił opuścić dom rodzinny. Wolał żyć na własną rękę, niż być w domu, w którym oddaje się hołd człowiekowi mającemu na rękach krew milionów niewinnych istnień. 

„Moja babka nazywała Auschwitz swoim rajem…”

Kiedy Höss senior był jeszcze kierownikiem Auschwitz-Birkenau wraz z żoną i pięciorgiem dzieci, w tym z ojcem bohatera filmu, mieszkał w willi należącej do polskiej rodziny Sojów. Budynek został im odebrany i przekształcony rękami więźniów w luksusową posiadłość z okazałym parkiem wokół.

Nieruchomość znajdowała się w pobliżu obozu. Kiedy dzieci bawiły się w okazałym ogrodzie, inne niewinne istoty oddzielone od swoich rodziców ginęły w komorach gazowych, z woli Rudolfa Hössa właśnie. Mimo skali okrucieństwa oraz zwłok kremowanych w pobliżu, ani SS-manowi, ani jego małżonce (czyli babce Pana Rainera) nie przeszkadzało to w prowadzeniu normalnego życia i wychowywaniu potomstwa.

-„Moja babka nazywała Auschwitz rajem. Mówiła: - Mogłabym tu umrzeć, tam jest tak pięknie. Jeśli Auschwitz był jej rajem, to zawsze zastanawiałem się, jak wyobrażała sobie piekło. Dla tego nie ma żadnego zrozumienia” - mówił z żalem bohater nagrania.

Krzywy kręgosłup moralny rodziny, zbyt ciężki dla 15-latka

Dlatego właśnie 15-letni wówczas Rainer postanowił w pojedynkę rozliczyć się z historią swojej rodziny i swoją postawą wpływać na nowe pokolenia Niemców. Jego babka zawsze wypowiadała się o dziadku w samych superlatywach. Dla kobiety był dobrym mężem, żołnierzem i człowiekiem sukcesu, podczas gdy dla milionów ludzi był katem. Ten kontrast właśnie wpłynął na decyzję o odcięciu się od nazistowskich korzeni.

„Zacząłem tracić zaufanie do ojca”

Rainer Höss do przyznał, że do tej pory odczuwa żal do swojego ojca, ponieważ ten nigdy nie rozmawiał z nim o przeszłości ich rodziny. Nie obwiniał go o bycie potomkiem potwora, ale nigdy nie zrozumiał, dlaczego w ich domu nigdy wcześniej nie poruszano tego tematu i pozwalano, aby wnuki komendanta postrzegały go jako bohatera. Potomek nazisty stwierdził, że w jego domu nigdy nie omówiono dokładnie i nie zastanowiono się nad nazistowskimi zbrodniami, w których brał udział dziadek. Zamiast potępienia gloryfikowano tam "władcę" Auschwitz-Birkenau i przedstawiono go dzieciom jako dyrektora więzienia. Nic dziwnego, ponieważ nadzorca w miejscu, gdzie kara się przestępców, brzmi lepiej niż komendant obozu odpowiedzialny za śmierć milionów niewinnych dzieci, kobiet i mężczyzn.

Samozwańcza misja w obronie moralności i pamięci ofiar

Rainer poświęcił życie, by nieść przekaz młodym ludziom. Wnuk powieszonego w Polsce nazisty aktywnie działa na rzecz chronienia prawdy historycznej, nawet jeżeli jest ona niewygodna dla Niemców. O historii ofiar, swojej rodziny i swojej, stara się mówić głośno i otwarcie, szczególnie kiedy słucha go młodzież. Według niego przyszedł najwyższy czas, aby Niemcy zaczęli identyfikować się ze zbrodniami ich przodków i przyznali, iż jest to część ich historii.

Ostatnio temat II Wojny światowej, masowej zagłady i Holocaustu poruszany jest bardzo często. Niestety narracja, jaką posługują się obecnie Niemcy, Rosja czy Izrael raczej dalece odbiega od prawdy. Pamięć zamordowanych używana jest obecnie w celach politycznych, a Polska, która była ofiarą agresji Niemiec, jest nieustannie narażona na ataki i oszczerstwa na arenie międzynarodowej. Rainer natomiast nie bał się stanąć z trudną prawdą twarzą w twarz. Zamiast zmienić nazwisko i odciąć się całkowicie od błędów przodków, mężczyzna postanowił stawić czoła demonom przeszłości.

(źródło)

Czytaj więcej

Dodaj komentarz

3×4 =